Klubowy wyjazd na Morze Północne – Wrzesień 2006

Oto pięciomegowe wspomnienia z rejsu 🙂 Zdjęcia sa niestety w zupełnie przypadkowej kolejnosci (tak, jak je ułożył komputer 😉
 A jak było?
O jachcie.
Roztocze jest ciekawym eksponatem, ponieważ ile by w nie nie zainwestowano – działa podobnie = cieknie. Do codziennsci należa mokre materace (bynajmniej nie z powodu żeglarzy cierpiacych na moczenie nocne ;). Ale strasznie nie jest, mi wystarczyła alumata.
Sam jacht jest mahoniowy, więc żaden tam plastick-fantastick. Pływa dobrze, największa prędkosć chwilowa, jaka zaobserwowalismy to 12 węzłów (dla porównania – ostatniego dnia na Chorwacji przy podobnym wietrze ledwo przekraczalismy 6 węzłów).
Baaardzo lubię ten jacht i mam nadzieję, że jeszcze nie raz na nim popłynę :).
Aura, pokrzyżowała nasze plany, ale cóż, taki los żeglarza, że zamówić kierunku i siły wiatru nie może. Wiatru było dużo, słońca też, widzielismy częsciowe zaćmienie księżyca : ). Najspokojniesza była ostatnia doba rejsu (1-3 B) a najczęsciej zdaje się 6-7B.

Miejsca.
 Start – niemieckie Cuxhaven. Potem ZOLL-FREI, czyli bezcłowy raj na wyspie Helgoland (alkohol, kosmetyki, perfumy, odzież w przyjaznych cenach).
Stamtad sa zdjęcia z pomarańczowo-ceglistymi klifami i trolem wychodzacym z ziemii. Tam przechowalismy się w czasie sztormu.
Gdy uspokoiło się trochę ruszylismy do Brunsbuttel, małe go portuna poczatku Kanału Kilońskiego. Mała miescina, rano start do kanału i wieczorem bylismy już na Bałtyku 🙂 Następna stacja: Rostock – zegar astronomiczny, koscół z wieża widolowa i havenmeister szlejacy motorówka po spożyciu – to lokalne atrakcje. Następny port to Ronne na Bornholmie :D.
Cały dzień na rowerach (60 km – dosłownie padałam ze zmęczenia, po roku siedzenia w domu). Można wypożyczyć naprawdę przyzwoity sprzęt, scieżki rowerowe prowadza wzdłuż brzegu morza, ukształtowanie terenu sprzyja rozwojowi mięsni.
Widzielismy ruiny zamku, w którym (jak się dowiedziałam ostatnio od mojego dermatologa) przebywał Jan Tęczyński (ten od Cecyli, których historię, zmieniwszy nieco, przedstawiła pani Orzeszkowa w „Nad Niemnem”). Widzieliśmy kamieniołomy, a na drugi dzień jedliśmy bornholmskie grzyby duszone, nazbierane w bornholmskim lesie 🙂 Na zakończenie odwiedzilismy znów naszych zachodnich sasiadów – Sassnitz.

Miasto nieszczególne, ale pięęęękne klify posiada 🙂 nio i daja naprawdę duże porcje frytek 🙂 Niemniej posiadaja nieobytych mieszkańców/turystów: nikt z gapiów nie docenił naszego występu instrumentalno-wokalno-tanecznego na kei 🙁 a był swietny! Wrócilismy zatem do naszego Swinkowa, gdzie zakończylismy rejs wspólna kolacja w „chińskiej” (nie zamknętej specjalnie dla nas) restauracji.

Ludzie 🙂
Byli super, cała załoga i kapitan. Polecam. Było szesć osób z YCPL, szescioro zaprzyjaznionych z klubem Warszawiaków + kapitan.

Kasia